Prawdopodobnie masz „cyfrowe duchy”. Zabawny film z uczelni na YouTube. Naruszenie danych, nad którym nie miałeś kontroli. Stary skandal biznesowy z lat dziewięćdziesiątych, który pojawia się za każdym razem, gdy ktoś wpisze w Google Twoje imię i nazwisko. Ludzie idą dalej. Wybaczamy. Zapominamy. Internet też nie. Gromadzi wszystko.
Przez wiele lat ta niezmienność była ulicą jednokierunkową. Potem przyszedł maj 2014.
Sąd Najwyższy Unii Europejskiej rzucił bombę. Orzekł, że każdy ma prawo do bycia zapomnianym. Przynajmniej w kontekście wyników wyszukiwania. Nie chodziło o oczyszczenie Internetu ze wszystkiego. Chodziło o kontrolowanie wyglądu Twojego imienia i nazwiska, gdy ktoś szuka ty.
Sprawa zaczęła się w 2010 roku. Obywatel Hiszpanii, Mario Costeja Gonzalez, ma problem. Jeśli wpiszesz jego nazwisko w hiszpańskim Google, pierwsze linki prowadziły do ogłoszenia w gazecie z 1998 roku. Było to ogłoszenie o aukcji. Licytacja miała na celu spłatę jego starych długów z ZUS. Dług został już dawno spłacony. Historia jest przestarzała. Ale ona była na samym szczycie jego cyfrowego śladu.
Costeja złożył skargę. Google odmówił usunięcia linków. Ruszył dalej.
Europejski Trybunał Sprawiedliwości (ETS) stanął po jego stronie. Decyzja była konkretna. Wyszukiwarki mają obowiązek usuwać wyniki, które są „nieadekwatne, nieistotne, nieistotne lub nadmierne w stosunku do celów, dla których zostały przetworzone”.
Tłumaczenie? Jeśli link bardziej szkodzi Twojej prywatności niż pomaga społeczeństwu, prawdopodobnie powinien zostać usunięty.
Google zareagowało szybko. Stworzyli formularz internetowy. Użytkownicy mogli przesyłać żądania. Musieli podać dokładny adres URL, który chcieli usunąć z wyszukiwań zawierających ich imię i nazwisko.
Ale tutaj robi się interesująco. W tym miejscu część „zapominania” komplikuje się.
Google nie usunął treści. Dokumenty pozostają online. Pozostają dostępne. Jeśli szukasz tematu, a nie swojego imienia i nazwiska, link może nadal się pojawiać. Usunięcie dotyczy wyłącznie Twojej tożsamości. To jest wymazywanie punktowe, a nie globalne.
W jaki sposób Google decyduje, co zostanie usunięte? Nie ujawnili algorytmu technicznego. Wiemy jednak, że „zespół ds. usuwania” sprawdza każdy przypadek. Ważą dwa konkurujące ze sobą prawa. Twoje prawo do prywatności a prawo społeczeństwa do informacji.
Weźmy jeszcze raz sprawę Costeji. ETS nakazał usunięcie odniesienia do aukcji z 1998 r. z wyszukiwań hasła „Mario Costeja Gonzalez”. Ale co, jeśli ktoś szuka „aukcje nieruchomości w Katalonii”? To połączenie pozostanie. Kontekst ma znaczenie. Interes publiczny związany z samą aukcją przeważa nad obawami dotyczącymi prywatności osoby fizycznej występującej w tym konkretnym wniosku.
A co z geografią? Jest fragmentaryczne. Usunięcie dotyczy wyłącznie domen Google na terenie Unii Europejskiej. Wpisz tę samą nazwę w Google US. Wynik może nadal istnieć. Internet to nie jest jedno miejsce. To szereg granic.
Mechanizm ten zmienia sposób, w jaki myślimy o cyfrowej reputacji. Nie oferuje przycisku resetowania. Oferuje filtr. Nie możesz wymazać przeszłości. Możesz tylko utrudnić innym znalezienie Cię, gdy będą Cię szukać.
Czy to wystarczy? Może. A może po prostu przenosi problem w inne miejsce. Sprawdzasz pierwszą stronę swojego profilu i duch zniknął. Ale wiesz, że to nadal tam jest. Czekam w archiwum. Po prostu poza zasięgiem.



























